[ WSTECZ | SPIS TREŚCI | DALEJ ]     


» VIRTUA SQUAD 2 | Sega 1997 | Strzelanina «

Ech, te dawne, piękne czasy. Czasu nie marnowało się wyłącznie na granie, choć też się sporo grało. Ja w domu miałem tylko starą atarynkę, mianowicie model 2600, czyli konsolę o bardzo słabych parametrach, ale cieszącą jak żadna inna :). W tamtych czasach poznałem też komputery Amiga i Commodore 64, a w pamięci zapadła mi głównie strzelanka o tytule Opretion Wolf, w której biegało się po planszach i rozwalało celowniczkiem setki przeciwników. Widok rzecz jasna był z oczu, czyli można było grę zaliczyć do gatunku FPP. Później jednak swoich starych sprzętów się pozbyłem, bo w moim pokoju zagościł sam PeCet. Początkowo fajnie się grało w te wszystkie Quake'i, Warcrafty i inne GTA, ale po pewnym czasie brakowało mi mojego Operation Wolf. Wtedy poznałem jego następcę: Virtua Squad 2 (zwany też jako Virtua Cop 2).

Starsi gracze na pewno pamiętają z automatów tytuły takie jak House of The Dead czy właśnie Virtua Squad. Obie te gry miały te same zasady, a celem gracza było jak najszybsze strzelanie do wrogów z pistoletu. Wszystko zaporzyczone i ulepszone z Operation Wolf, obdarzone ładną (nawet dziś), trójwymiarową grafiką, świetnym dźwiękiem i dużą dawką akcji. Niestety nie każdy miał takie szczęście pograć w VS na automatach i ja musiałem zadowolić się wersją na PeCeta, która została nieco pogorszona pod względem technicznym, a pistolet zastąpiono myszą. Mimo wszystko bardzo mi brakowało "celowniczków" i nie stanowiło to dla mnie żadnej przeszkody w czerpaniu zabawy. Ważne było, że wróciły do mnie stare, dobre czasy.

Do gry podchodziłem jakiś miesiąc temu ze sporym dystansem. Nie przepadam już za tym gatunkiem gier, wolę zagrać w starego River Raida z A2600, albo jakąś platformówkę na Amidze (oczywiście mowa o emulatorach, prawdziwych tych sprzętów nie posiadam). Wypakowałem więc z archiwum pliki gry i uruchomiłem aplikację. Nieco się zdziwiłem, gdy gra bez problemu się uruchomiła pod WinXP. Co ciekawe nie było problemów z wyświetlaniem grafiki czy też odtwarzaniem dźwięków. Wszystko działało tak jak powinno, a nawet lepiej niż się spodziewałem. Na moim pierwszym komputerze gra działała dość dobrze, choć zdarzały się momenty, gdzie obraz zwalniał, a teraz? Wszystko śmigało jak powinno. Ale w końcu co się dziwić, 1 GB Ramu w porównaniu z dawnym 4 MB to spora różnica, do tego kartę wtedy miałem S3 coś-tam z ledwo 1 MB (tak, były takie czasy). Jak widać granie teraz było bardzo komfortowe i ucieszyło mnie to nawet jeśli nie spodziewałem się po grze rewelacji.

Jak się później okazało zupełnie niesłusznie, bo Virtua Squad 2 okazał się jednym z najlepszych "celowniczków". Jeszcze do nie dawna nie wierzyłem, że może być jakaś lepsza gra z tego gatunku niż sam House of The Dead. Oj, jak bardzo się myliłem. Żaden HOTD nie może się równać z VS nawet jeśli ma bardziej dopracowaną grafikę czy ciekawszą fabułę. Strzelania jest bardzo dużo, o wiele więcej niż w grze z zombiakami, a to... powinno oznaczać wyższy poziom trudności. Ale o tym za chwilę. Zacznijmy od historyjki jaką obdarzyli specjaliści z firmy Sega opisywaną produkcję.

Wcielamy się w rolę policjanta (w przypadku drugiego gracza w policjantkę), a naszym celem staje się nic innego jak uratowanie świata. Tym razem chodzi o terrorystów, którzy po prostu grasują po całych miastach, a my stajemy się ich pogromcą. Oczywiście to nie jest jedyny cel naszych bohaterów, na końcu każdego poziomu trafiamy na bossa, który jest o wiele silniejszy od spotykanych wszędzie terrorystów. Nie są to normalni ludzie, a ulepszeni superludzie. To oni stanowią największe zagrożenie, a my musimy uniemożliwić im zniszczenie świata.

Tyle z fabuły. Oklepana, przyznaję. Ale nie to jest tu ważne. W grze Virtua Squad 2 liczy się akcja, akcja i jeszcze raz AKCJA! W grach zwanych "celowniczkami" nasza postać oczywiście porusza się sama, a my tylko strzelamy do wrogów. Tu spotykamy ich zatrzęsienie. Setki... nie, tysiące terrorystów do wystrzelenia! A na każdego z nich mamy ledwo sekundę lub dwie. Na ekranie dzieje się bardzo dużo, początkowo wpadamy do banku i rozwalamy wrogów, chwilę później wsiadamy już do auta i gnamy przez miasto strzelając we wszystkie strony, by chwilę później wejść do metra czy odwiedzić wielki wieżowiec. Lokacje non-stop się zmieniają, a akcja z każdą sekundą przyspiesza tempa. Zapomnij o możliwości odpoczęcia przynajmniej przez kilka sekund. Tu dosłownie ciągle się strzela i strzela. Po prostu coś pięknego.

I jak mówiłem wydaje się, że w porównaniu z o wiele wolniejszą akcją House of The Dead, poziom trudności Virtua Squad 2 powinien być o wiele wyższy. Okazuje się jednak, że nie koniecznie. Pozory mogą mylić, bo VS2 to jeden z najłatwiejszych "celowniczków" jakie znam. Jest to spowodowane głównie tym, że każdego terrorystę (oprócz bossów ofkoz) zabijamy jednym strzałem. W HOTD zombie byli ruchliwi i o wiele bardziej wytrzymali, czasami nie mogło się obejść bez head-shota. Bardzo często trzeba było uważać też na broń wrogów (piły łańcuchowe, tasaki). Tu natomiast strzelamy do ludzi, którzy poruszają się bardzo powoli, często atakują tylko z dużego dystansu i zawsze są oznaczeni dużym, zielonym kołem, które pokazuje kiedy goście będą strzelać (koło robi się czerwone i gdy osiągnie maksimum czerwieni to wróg strzela). A co z bossami? Niestety też są bardzo słabymi przeciwnikami, choć o wiele mocniejsi od pozostałych wrogów. W VS2 bossowie są tak słabi jak średnie potwory w HOTD, które spotykamy co chwilę. Bardzo mnie to rozczarowało, ale wkrótce się przyzwyczaiłem i przestałem na to zwracać uwagę.

Co prawda autorzy lekko utrudnili sprawę poprzez umieszczenie w różnych miejscach zakładników. Po zabiciu któregoś tracimy jedno nasze życie, a tych nie ma wiele (choć w opcjach można zwiększyć ich liczbę). Po utracie wszystkich żyć jest możliwość kontunuowania dalszej gry, ale tylko kilka razy (również do ustalenia w opcjach).

Przejdźmy teraz do sprawy o wiele przyjemniejszej, czyli grafiki. Na jej temat powiem tak: super, świetna, cudowna! Te trzy słowa wystarczą byście mieli powód do sięgnięcia po ten tytuł, bo nawet mimo upływu czternastu lat od premiery nadal może się podobać. Rzecz jasna wszystko jest w pełnym 3D, bez bitmapowych oszustw, co było w tamtych czasach bardzo popularne w strzelaninach. Modele nie są złożone oczywiście z tysięcy poligonów, widoczne są wyraźne kanty, ale to wszystko nadaje tej grze jeszcze większego uroku. Wszystko jest utrzymane w lekko mangowych klimatach, całe otoczenie jest bardzo kolorowe, a prawie każdy obiekt animowany! Wystarczy strzelić w leżący na stole arbuz, by ten rozpadł się na kawałki, można rozwalać sprzęty, meble i dosłownie wszystko. Przepiękne sa też animacje naszych przeciwników, którzy całkiem efektownie umierają i atakują z ukrycia. Cała ta wizualna otoczka to coś co nie pozwala oderwać oczu od monitora. Tu się jednak przyczepić musze do wyglądu wybuchów, które są bardzo niedopracowane, ale to taki mały szczegół.

Otaczające nas dźwięki także są bardzo dobre. Ostre odgłosy przeładowywanej broni, okrzyki konających czy ciągłe strzelanie pozostaje na długo w pamięci. Muzyka oczywiście też występuje, ale ta nie jest ani dobra, ani zła. Po prostu coś sobie tam przygrywa i tyle. Świetne są też odgłosy wołania o pomoc przez zakładników, czegoś takiego brakowało mi podczas grania w HOTD.

Pora wspomnieć o kilku innych rzeczach, które możemy w VS2 znaleźć. Oczywiście dodano do gry multiplayer, polegający na kooperacji dwóch graczy. Jeden strzela za pomocą myszy, a drugi klawiatury. Dobra sprawa, ale gra staje się jeszcze łatwiejsza, a na ekranie robi się straszny chaos, celowniczki się mogą mylić i gra po prostu zaczyna być denerwująca. Zostawmy jednak multiplayera. Spodobała mi się tutaj możliwość wyboru drogi w kilku miejscach. Nie robi to dużej różnicy, ale można grę powtarzać kilka razy, ciągle wybierając inną drogę. Jeśli się nie możemy zdecydować którą drogę wybrać, to komputer zrobi to za nas (bo po co opóźniać akcję). Gra jednak zaczyna się dosyć szybko nudzić, bo jest bardzo krótka, a ciągłe powtarzanie całości od początku nie jest najlepszym pomysłem, bo po kilku powtórzeniach zaczynamy mieć dość strzelania. Mamy możliwość zagrania tylko w trzech poziomach, a każdy z nich kończymy w kilka minut. Ale w końcu to "celowniczek" z 1997 roku i nie chodziło tu o jakieś kilku godzinne walenie we wrogów. Żeby gra jednak nudziła się nieco później dodano możliwość znalezienia kilku rodzai broni, każda różni sie szybkością strzelania i pojemnością magazynku. Takie małe urozmaicenie, ale cieszy.

Reasumując Virtua Sqaud 2 to krótko mówiąc świetna strzelanka z automatów, po którą może śmiało sięgnąć każdy gracz. Grafika do dziś cieszy oko, a dźwięk ucho. Akcji jest tak dużo, że powala na kolana. Oczywiście nie dało się uniknąć kilku drobnych wad, ale i tak mimo to uważam, że jest to najlepszy "celowniczek" w jaki miałem okazję zagrać. Szkoda, że seria nie była dłużej kontynuowana i zakończyła się właśnie na drugiej części. Jak na czternastoletnią produkcję VS2 jest po prostu świetny, polecam każdemu w niego zagrać, na pewno nie pożałujecie.

Ocena: 8+/10

 

Plusy: Minusy:

+ mnóstwo akcji
+ grafika
+ dźwięk

- kilka niedociągnięć
- za krótka
- za łatwa

Suri



[ WSTECZ | SPIS TREŚCI | GÓRA | DALEJ ]